Podręczniki do śmietnika?

Aleksandra Pezda
11.09.2008 , aktualizacja: 11.09.2008 12:32
A A A
Wydawcy podręczników protestują przeciw wielkiemu przetargowi MEN na szkolne pomoce multimedialne, do którego zaproszono... tylko firmy komputerowe
Ponad połowie szkół w kraju MEN zamierza podarować multimedialne programy do nauki języków obcych, przyrody i matematyki. Przeznaczy na to 146 mln zł z unijnych funduszy na lata 2004-06 na "podniesienie jakości edukacji w odniesieniu do potrzeb rynku pracy".

MEN ogłosił na to przetarg ograniczony, a zaprosił do niego wielkie firmy komputerowe. Za to żadnego wydawnictwa specjalizującego się w produkcji podręczników szkolnych.

Wydawcy się zbuntowali, Polska Izba Książki złożyła w MEN oficjalny protest.



- Producentami treści edukacyjnych mają być teraz informatycy. A my najwyżej podwykonawcami? - pyta Piotr Marciszuk, prezes Izby. Jego zdaniem przetarg MEN to ograniczanie wolnego rynku. - Przetarg ma wartość jednej czwartej całego rynku wydawniczego podręczników w kraju. Tracimy te pieniądze. A kiedy wejdzie program "Laptop dla każdego ucznia", obawiamy się, że MEN za pomocą podobnych centralnych zakupów całkiem wykluczy nas z rynku.

Wiceminister edukacji Zbigniew Włodkowski z PSL uspokaja: - Zamawiamy tylko multimedialne pomoce dydaktyczne. To w żadnym wypadku nie ma zastąpić podręczników!

Formalnie MEN nie przekroczył prawa. Dlaczego jednak zorganizował przetarg ograniczony, a nie otwarty, do którego mogliby stanąć również wydawcy edukacyjni?

- Liczył się czas - mówi Włodkowski. Bo pieniądze z UE trzeba wydać do końca roku, inaczej przepadną.

- To tak, jakby te pieniądze wyrzucić w błoto - uważa Marciszuk. Według Izby tak wyprodukowane multimedialne pomoce w niczym nauczycielom nie pomogą. - Każdy pracuje z podręcznikiem, który odpowiada najbardziej jemu i jego uczniom. Multimedialne programy zamówione w firmach, które podręczników nie wydają, nawet jeśli będą superdobre, nie będą z podręcznikami kompatybilne. Więc nauczyciel, który musi podążać za programem, w ogóle nie będzie z nich korzystał - tłumaczy.

- Ale my odpowiadamy na zapotrzebowanie społeczne, żeby we wszystkich szkołach podnieść standard nauczania języków obcych - broni projektu Włodkowski.

PIK zarzuca ministerstwu, że zleca pospiesznie za duże pieniądze programy multimedialne do szkół, zanim jeszcze została opracowana koncepcja szkolnego e-learningu zapowiadana przy okazji programu "Laptop dla każdego ucznia". Wydawcy wyliczyli np., że do nauki języka hiszpańskiego MEN chce zamówić dziesięć razy więcej multimedialnych licencji, niż jest w Polsce uczniów uczących się tego języka.

- Centralne zakupy pomocy multimedialnych w edukacji to uszczęśliwianie na siłę - przyznaje Jerzy Wiśniewski, specjalista z CASE, dawniej odpowiedzialny w MEN za wykorzystanie unijnych funduszy. - Tylko nauczyciele wiedzą, jakich pomocy potrzebują, więc to szkoły same powinny decydować, co zamówią. Szkoda tych pieniędzy.

W przetargu bierze udział sześć firm, każda utworzyła konsorcjum. Tylko jedna zaproponowała podwykonawstwo podręcznikowemu wydawnictwu - szanse na udział w projekcie ma dzięki temu WSiP.

Jednym z uczestników przetargu jest Young Digital Planet SA, wydawca znanych multimedialnych kursów językowych i dostarczyciel treści na internetową platformę edukacyjną MEN Scholaris. - To, co jest przedmiotem przetargu, mamy w swojej ofercie. I jest zgodne z podstawą programową, według której pisze się programy do przedmiotów - mówi Anna Morawska, rzeczniczka YDP.

Sęk w tym, że za rok MEN chce wprowadzić do szkół nowe podstawy programowe, jeszcze nie są gotowe. A na dostarczenie multimedialnych pomocy do szkół jego zwycięzca będzie miał półtora miesiąca. Przetarg ma być rozstrzygnięty w przyszłym tygodniu.