Przetargi pod ochroną

Marek Wielgo
12.03.2008 , aktualizacja: 03.02.2020 01:06
A A A
Rząd chce poprawić ustawę Prawo zamówień publicznych, by zapobiec absurdalnym rozstrzygnięciom przetargowym. Ponieważ Polska, m.in. dzięki dotacjom unijnym, zamienia się w wielki plac budowy, stawką są setki milionów, a może nawet i miliardy złotych!
Tylko jedno z takich rozstrzygnięć, które opisywaliśmy w "Gazecie" w lutym, będzie kosztowało podatników aż 124 mln zł. O tyle więcej pochłonie we Wrocławiu budowa mostu będącego częścią autostradowej obwodnicy miasta. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad (GDDKiA) musiała bowiem odrzucić najkorzystniejszą ofertę w przetargu, bo wykonawca pomylił się o 47 zł. Miał podać, ile będzie kosztował montaż 388 kloszy do lamp, które zawisną na moście, a zrobił kosztorys dla 380 kloszy.

- Takie sytuacje w przyszłości już się nie powtórzą - zapewnia w rozmowie z "Gazetą" prezes Urzędu Zamówień Publicznych (UZP) Jacek Sadowy. Przyjęty już przez rząd projekt nowelizacji prawa umożliwi zamawiającym poprawianie omyłek "polegających na niezgodności oferty ze specyfikacją istotnych warunków zamówienia niepowodujące istotnych zmian w treści oferty". Obecnie zamawiający mogą poprawiać tylko "oczywiste pomyłki pisarskie" oraz "omyłki rachunkowe w obliczeniu ceny". Joanna Wąsiel z wrocławskiego oddziału GDDKiA przyznaje, że próbowano skorzystać z tej furtki w sprawie feralnych kloszy. Jednak wskutek protestów innych firm sprawa oparła się o sąd. Ten zaś stwierdził, że akurat tego błędu zamawiającemu nie wolno poprawić.

Ponadto rząd chce ukrócić zmowy wykonawców startujących do przetargów publicznych. Firmom ma grozić utrata wadium - nawet 4 proc. wartości zamówienia - jeśli nie złożą w terminie wszystkich dokumentów lub oświadczeń potwierdzających spełnienie warunków udziału w przetargu. Obecnie taka firma jedynie wypada z gry, ale pieniądze odzyskuje. Sadowy przyznaje, że autorem tego rozwiązania jest Ministerstwo Infrastruktury. Zdarzają się bowiem przypadki, że wykonawcy konkurują tylko na niby. Żeby kontrakt dostała jedna z nich, ta z góry ustalona, pozostałe celowo nie składają wszystkich dokumentów.

Dodajmy, że firmy, którym w sądzie zostanie udowodnione działanie na szkodę zamawiającego lub nierzetelność, trafią do specjalnego wykazu, który będzie dostępny na stronie internetowej UZP. Nie będą mogły ubiegać się przez trzy lata o publiczne zlecania.

Rząd chce zaostrzyć konkurencję. Najbardziej przejrzystymi i otwartymi trybami zamówień publicznych są przetarg nieograniczony oraz licytacja elektroniczna. Administracji rządowej wolno stosować licytację w przypadku zamówień do 137 tys. euro, a samorządom - do 211 tys. euro. Idea jest prosta - zamawiający zamieszcza na swoich stronach internetowych lub w prasie informację, że zamierza coś kupić w takim trybie. Zwycięża ten, kto zaproponuje najniższą cenę. Zamówienie może dotyczyć dostaw i usług "powszechnie dostępnych, o ustalonych standardach jakościowych", głównie artykułów biurowych, ale także np. usług ochroniarskich. Jednak barierą dla wielu firm okazał się wymóg opatrzenia oferty "bezpiecznym podpisem elektronicznym weryfikowanym przy pomocy ważnego kwalifikowanego certyfikatu". Rząd proponuje zniesienie tego wymogu. Ponadto licytacje obejmą także roboty budowlane.

I uwaga! Mali i średni przedsiębiorcy mogą też liczyć na większą ochronę prawną, którą mocno ograniczył poprzedni rząd i parlament. W imię przyspieszenia inwestycji za pieniądze unijne podniesiono próg, do którego urzędnicy są jedyną instancją w sporach przetargowych. Dawniej przedsiębiorcy, którzy mieli zastrzeżenia do przetargów, mogli wnosić protesty - łącznie z odwołaniem do prezesa UZP i skargą do sądu - już przy zamówieniach od 6 tys. euro. Obecnie administracja rządowa może wydawać pieniądze podatników bez obawy, że zablokują ją odwołania przedsiębiorców, jeśli wartość zamówienia nie przekroczy 137 tys. euro, a samorządy - do 211 tys. euro.

Zdaniem obecnego prezesa UZP ta zmiana nie miała sensu, bo w praktyce dla wielkich inwestycji infrastrukturalnych finansowanych przez UE nie ma ona żadnego znaczenia. "Gazeta" wielokrotnie informowała o obawach przedsiębiorców, że tak radykalne ograniczenie możliwości odwoławczych zwiększy poczucie bezkarności urzędników.

Rząd chce więc przywrócić ochronę prawną dla przedsiębiorców przy zamówieniach powyżej 14 tys. euro (poniżej tej kwoty nie ma obowiązku stosowania tej ustawy). Jednak żeby ukrócić tzw. pieniactwo procesowe, odwołanie do prezesa UZP i skarga do sądu mogłyby dotyczyć tylko naruszenia interesu danego przedsiębiorcy, np. gdyby został wykluczony z przetargu albo została odrzucona jego oferta. Natomiast nie będzie można podważyć oferty innej firmy, np. zwycięskiej, doszukując się w niej najdrobniejszych potknięć. - Obecnie jest to prawdziwa plaga - przyznaje rzecznik GDDKiA Andrzej Maciejewski. - Np. jedna z firm zadeklarowała, że ma ciężarówkę o ładowności 0,29 tony. Tymczasem w specyfikacji był wymóg 292 kg. Różnica dwa kilogramy, czyli żadna. Jednak to wystarczyło, by konkurent tej firmy oprotestował jej ofertę - opowiada Maciejewski.



Jacek Sadowy jest prezesem Urzędu Zamówień Publicznych od dwóch tygodni (zastąpił Tomasza Czajkowskiego). Ma 32 lata. Jest z wykształcenia prawnikiem i politologiem (studiował na Uniwersytecie im. Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie). Z UZP związany od 2000 r. Pełnił tu m.in. obowiązki dyrektora departamentu prawnego. Od 2005 r. - urzędnik służby cywilnej. Ma żonę i troje dzieci. W wolnym czasie czyta książki. Lubi też pograć w koszykówkę lub w piłkę nożną.

Ogłoszenia różne