Akcja na Facebooku. Naukowcy wiążą się w proteście przeciw złej ustawie

Katarzyna Zachariasz
09.03.2013 , aktualizacja: 09.03.2013 12:40
A A A
Prawo zamówień publicznych blokuje polską naukę - alarmują naukowcy. Od lat ślą pisma, piszą apele. Ale to nie przekonuje rządu. Teraz zorganizowali akcję... wiązania naukowców.
Profesorów też związywali. Leszkowi Kaczmarkowi, wiceprzewodniczącemu europejskiej organizacji biologii molekularnej, związali ręce czerwoną taśmą. Macieja Żylicza, szefa Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, skrępowali fartuchem laboratoryjnym. Jacka Radwana z UJ zwykłym sznurkiem. A potem ktoś strzelił "słit focię" i wrzucił na Facebooka, na stronę "Realizacja PZP wiąże ręce nauce", obok innych podobnych zdjęć. W ten sposób naukowcy protestują przeciwko ustawie Prawo Zamówień Publicznych.

Fanpage na Facebooku stworzyło trzech młodych badaczy z Krakowa i Warszawy: Iwona Cymerman, Daniel Prusak i Albina Mościcka.

- Że coś trzeba zrobić z Prawem zamówień publicznych, wiemy od dawna. Tylko co? Przecież naukowiec nie będzie głodował ani nie pójdzie pod Sejm - mówi Albina.

- To, jak PZP nas blokuje, skojarzyło mi się z kaftanami bezpieczeństwa. Później doszło hasło "PZP wiąże nam ręce" - dodaje Iwona.

Pierwsze zdjęcie skrępowanych naukowców umieścili na Facebooku pracownicy z Międzynarodowego Instytutu Biologii Molekularnej i Komórkowej w Warszawie. Drugie - biolodzy z Poznania. Potem "związane" zdjęcia przychodziły z Gdańska, Krakowa, Warszawy, Szczecina. Od chemików, inżynierów, biotechnologów, fizyków. Listy z poparciem przysłało kilku rektorów.

- Wysłałam do ludzi z instytutu wiadomość, że będziemy robić zdjęcie do kampanii. Do laboratorium przyszło tyle osób, że się nie pomieściliśmy. Musieliśmy przejść do sali seminaryjnej - opowiada Iwona.

- PZP to nie jest problem jednej uczelni czy działu. To problem całej polskiej nauki - dodaje Daniel.

Unijne prawo po polsku

Pierwszy zarzut - za niski próg, od którego trzeba organizować przetargi. PZP miało dostosować polskie regulacje do unijnych. Bruksela nakazuje organizować przetargi na sumę ponad 130 tys. euro. Kraje UE mogą ustalić własne, niższe progi. Austria wyznaczyła próg 40 tys. euro, Dania 67 tys., Czechy 70 tys., Polska... 14 tys. euro. To jeden z najniższych poziomów w Europie.

Może się wydawać, że 14 tys. euro to dużo, ale w Polsce zakupy w obrębie jednostek są łączone. Jeśli na wydziale jest 10 laboratoriów, każde ma własny budżet i każde potrzebuje np. rocznego zapasu szkiełek do mikroskopu za 2 tys. euro, to wspólnie przekraczają próg 14 tys. euro. Więc naukowcy muszą organizować przetargi i na sprzęt za setki tysięcy dolarów, i na wykałaczki.

Drugi zarzut - w świetle polskiej ustawy badania naukowe niczym się nie różnią od budowy mostu czy kupna worka kartofli. Mają takie same wymagania co do planowania wydatków i tak samo się je ocenia.

- Brak zrozumienia dla wymagań nauki. Zlecenia na ekspertyzy naukowców, w których w grę wchodzi czyjaś unikalna wiedza, umiejętności, podlegają takim samym kryteriom jak kupno kilograma cukru. Liczy się tylko cena. Prowadzę dwa duże czteroletnie projekty. Każdy wart kilkadziesiąt milionów złotych. W pierwszym roku muszę zaplanować, co będę kupowała w piątym roku i komu zlecę ekspertyzy. To jak prognozowanie pogody na kilka lat bez ograniczeń - mówi prof. Agnieszka Wierzbicka z SGGW.

- W nauce plany zmieniają się z tygodnia na tydzień. Eksperyment wyjdzie inaczej, niż sądziliśmy, i trzeba wszystko zmieniać: materiały, odczynniki. A PZP wymaga, żebyśmy na początku roku wiedzieli dokładnie, ile i czego będziemy zużywać - dodaje prof. Jacek Radwan z UJ.

Papierologia stosowana

Przetargi miały sprawić, że zakupy będą robione taniej, według bardziej przejrzystych zasad. Ale... - Jest dużo drożej, wszystko dłużej trwa, a my toniemy w papierach - mówią badacze.

- Przygotowuję teraz kolejny przetarg. Dokumentacja ma 130 stron, zawsze, czy jest to przetarg na materiały za 15 tys. zł, czy na pół miliona - denerwuje się prof. Wierzbicka.

- Kiedyś mój asystent techniczny zajmował się robieniem doświadczeń. Teraz wciąż wypełnia druki od przetargów - narzeka prof. Radwan.

Młodsi naukowcy wyliczają, że 50-80 proc. czasu w pracy zżera im walka z papierkami. Żeby kupić cokolwiek, od mikroskopu po waciki, trzeba zdobyć pieczątki kierownika projektu, pełnomocnika ds. zamówień publicznych, kwestora, dziekana i rektora.

- Nawet tzw. przetarg siedmiodniowy to najmarniej półtora miesiąca. Samo przygotowanie dokumentów zajmuje 2 tygodnie. 7 dni to tylko czas publikacji ogłoszenia na stronie. Potem rozstrzygnięcie, odwołania. Kiedyś czekałem 6 miesięcy na komputer. Kiedy go dostałem, okazało się, że już nie produkują do niego zamówionych monitorów i twardych dysków. Koledze w czasie przetargu wycofali modele z produkcji. Firma zaoferowała o gorszych parametrach, ale dwa razy drożej od ceny rynkowej - opowiada Prusak.

Na Facebooku naukowcy podają przykłady: okres oczekiwania na zwykłego Windowsa - 11 miesięcy. Na ręczniki papierowe - 2 miesiące. Zamówienie baterii do wskaźnika laserowego za 1,50 zł - cztery zgody przełożonych i "rekordowe 2 tygodnie". Kupno dysku zewnętrznego - firmy w przetargu podały ceny dwa razy wyższe niż ceny w sklepie.

Teoria sobie, życie sobie

Od kilku lat przeciwko PZP protestują profesorowie, rektorzy szkół wyższych, Polska Akademia Umiejętności, Polska Akademia Nauk, Narodowe Centrum Badań. Piszą apele, ślą listy do władz. Bez skutku. Urząd Zamówień Publicznych (UZP) cały czas powtarza, że ustawa jest dobra, tylko uczelnie nie potrafią jej stosować.

PZP przewiduje kilka sposobów organizowania przetargów i wyboru ofert. Niekoniecznie trzeba wybierać najtańszą. Można realizować zamówienia z wolnej ręki, czyli po prostu zrobić zakupy u dowolnego dostawcy. Przy zakupach poniżej 14 tys. euro w ogóle nie trzeba stosować PZP. Ale w praktyce wygląda to zupełnie inaczej.

- Dwa razy kupiłem odczynniki bez przetargu. Raz za 380 zł, drugi raz za 11 tys. zł - opowiada jeden z profesorów. Jest w trakcie audytu, więc woli pozostać anonimowy. - Kontrola zakwestionowała oba zakupy. Najpierw źle było, że w ogóle kupowaliśmy odczynniki nagle, a nie mieliśmy zapasów. Musieliśmy pisać pisma, że uczelnia pozwala robić zapasy tylko na kwartał. Później kontroler wyliczył, że gdyby kupić ten droższy odczynnik od firmy z Gdańska, nie z Warszawy, wydalibyśmy o 160 zł mniej - mówi. - Teraz już na wszystko robię przetargi.

- W Polsce nie ma procedur. Wszystko zależy od kontrolera. Jeden zaakceptuje. Drugi dokładnie tę samą rzecz zakwestionuje - mówi Jacek Jaworski z Międzynarodowego Instytutu Biologii Molekularnej i Komórkowej. A złamanie ustawy oznacza, że uczelnia musi oddać pieniądze.

Aby się zabezpieczyć przed widzimisię audytorów, uczelnie żądają papierów i pieczątek na wszystko.

- Kupowałem nawigację z holenderskiej firmy, bo cały robot był zaprojektowany pod nią. Przyniosłem oświadczenie od dystrybutora sprzętu, że jest jedynym przedstawicielem tej firmy. Za mało. Musiałem donieść oświadczenie od producenta z Holandii, że to jedyny dystrybutor w Polsce. Nie wystarczyło. Zbierałem oświadczenia od innych dystrybutorów, że nie sprzedają sprzętu tej firmy - opowiada Jakub Michalski z Politechniki Warszawskiej.

- Kupowaliśmy w Stanach Zjednoczonych prowadnicę liniową. Firma dała nam w prezencie małą tubkę smaru. Wpisali ją na fakturę jako 0,00 USD. Administracja zablokowała postępowanie i wstrzymała zapłatę - poproszono o notarialny akt darowizny. Wszystko na 5-groszową tubkę smaru! Prosiliśmy firmę o skorygowanie faktury, żeby smar kosztował centa. Takie sytuacje są non stop - mówi Prusak.

- Wiele zależy od administracji, ale nawet przy najlepszej współpracy dochodzimy do muru - mówi Jaworski.

W październiku prezes UZP oświadczył, że "wyłączenie obowiązku stosowania procedur prowadzi do zwiększenia ryzyka wydatkowania środków publicznych" i "zwiększa pole występowania korupcji".

- Przecież nam się nie opłaca kombinować. Jeśli dam się skorumpować firmie i kupię gorszy sprzęt w zamian za wycieczkę na Hawaje, to nie wyjdą mi doświadczenia - mówi Jaworski. - Wtedy nie ma publikacji, bez publikacji nie ma awansu - dodaje Radwan.

Polska jest jedną z największych gospodarek UE i jedną z mniej innowacyjnych. Jednym z powodów jest niskie zaangażowanie firm w badania i rozwój. W Europie 70 proc. wydatków daje biznes. W Polsce - jedną trzecią. Firmy nie chcą współpracować z naukowcami, bo muszą długo czekać na wyniki prac.

- Przychodzą do nas firmy z propozycją współpracy, ale zwykle chcą rozwiązania w ciągu 2-3 miesięcy. Kiedy im mówię, że 2 miesiące będę czekał na same materiały do badań, od razu się wycofują. W innym przypadku firma była całkowicie gotowa na współpracę - wykonywanie prototypu na rewelacyjnych warunkach, ale jak usłyszała słowo "przetarg publiczny" to od razu się wycofała - mówi Prusak.

Zmienić ustawę lajkami?

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju przygotowuje projekt zmiany PZP pod kątem nauki. Też młodzi naukowcy przygotowali listę niezbędnych zmian. Najważniejsze to zwiększyć próg i wpisać zasadę niełączenia zakupów w jednostkach. - Odbiór akcji na Facebooku jest dobry, ale znajomi pytają się, czy to coś da. Nie wiem, ale próbujemy - mówią twórcy kampanii.

W lutym premier nakazał prezesowi UZP przygotowanie nowelizacji ustawy. Projekt ma być gotowy do lata. Próg zapewne będzie podniesiony, choć nie wiadomo o ile. Ale innych zmian nie należy się spodziewać.

Zobacz także
Ogłoszenia różne