Przetargi i zamówienia publiczne w niewoli niskiej ceny

Tomasz Czajkowski
13.06.2011 , aktualizacja: 12.06.2011 21:39
A A A
Zamawiający muszą zrozumieć, że stosując wyłącznie kryterium cenowe, strzelają sobie w kolano. Utarło się w naszym kraju szkodliwe przekonanie, że kto kupuje najtaniej, ten jest gospodarny - mówi
Marek Wielgo: Co pan pomyślał, kiedy dowiedział się, że przetarg na budowę fragmentu autostrady A2 wygrała chińska firma COVEC, oferując cenę o połowę niższą od zapisanej w kosztorysie Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad (GDDKiA)?

Tomasz Czajkowski, prezes Urzędu Zamówień Publicznych w latach 2001-08: Byłem ogromnie zaniepokojony. Niestety, moje obawy się potwierdziły. Jeśli chiński wykonawca zejdzie z placu budowy, a na to się zanosi, prawdopodobnie minie wiele miesięcy, nim zainstaluje się na nim kolejna ekipa. Chyba że GDDKiA udzieli zamówienia wartego setki milionów złotych w trybie z wolnej ręki pod hasłem: "Stodoła gore, trzeba ją gasić". Dobrze by było, żeby ktoś wreszcie policzył na przykładzie tej nieszczęsnej A2, ile nas, podatników, takie zabawy kosztują.

Zawsze krytykował pan praktykę przetargową polegającą na stosowaniu wyłącznie jednego kryterium - ceny. Dlaczego?

- Bo najtańsze nie zawsze znaczy najkorzystniejsze. Martwi mnie to, że wykonawcy nie konkurują jakością. Oni zgodnie z życzeniem zamawiających ścigają się w pomysłach, jak obniżyć cenę składanej oferty, a następnie po jej wybraniu, co zrobić, aby mimo wszystko wyjść na swoje. Ten problem nie pojawił się jednak w czasie rządów obecnej koalicji PO-PSL. To proces narastający, który zaczął się dużo wcześniej. Niestety, można odnieść wrażenie, że nasze państwo, bo przecież GDDKiA jest instytucją państwową, popiera te dziwaczne praktyki.

W ubiegłym roku cena była jedynym kryterium w 95 proc. przetargów budowlanych! Dlaczego organizujący je urzędnicy tak rzadko sięgają po inne kryteria, np. długość okresu gwarancji?

Przyczyn może być wiele, ale według mnie najczęstszą jest asekurancki stosunek zamawiających. Boją się, że jeśli wybiorą ofertę nie najtańszą, w jakimś sensie staną się nie tyle podejrzani, co

Nazwijmy rzecz po imieniu, że zainteresuje się nimi np. Centralne Biuro Antykorupcyjne.

- Tak. Kiedyś zapytałem o to kilku samorządowców. Za każdym razem odpowiedź była mniej więcej taka: gdybym wybrał drugą czy trzecią w kolejności cenową ofertę, to musiałbym się gęsto tłumaczyć kontrolerom z Regionalnej Izby Obrachunkowej. A istniałoby też duże prawdopodobieństwo, że pójdzie jakaś notatka do CBA. Na co mi te problemy.

Zatem tego rodzaju asekurancką postawę zamawiających kształtują organy kontrolne?

- Niestety, można odnieść wrażenie, że kierują się one zasadą domniemania winy wszędzie tam, gdzie stwierdzą wybór oferty nie najtańszej. A przecież taki wybór nie musi oznaczać przekrętu lub domniemania przekrętu. To się musi zmienić. Jednak to przede wszystkim zamawiający muszą zrozumieć, że stosując wyłącznie kryterium cenowe, strzelają sobie w kolano. Utarło się w naszym kraju - według mnie - szkodliwe przekonanie, że kto kupuje najtaniej, ten jest gospodarny, postępuje dokładnie wedle tego, co mówi ustawa o finansach publicznych. I w związku z tym zasługuje na uznanie i pochwałę. I tu taka dygresja. W sprawozdaniach Urzędu Zamówień Publicznych mówi się, jakie są rozbieżności między ceną oferty wybranej i szacunkową wartością przedmiotu zamówienia, jaką sobie przyjął zamawiający. Rozbieżności są znaczne. Jednak nikogo to nie martwi. Wręcz przeciwnie, dane przedstawia się jako dowód na to, jak zamawiający dobrze gospodarują publicznym groszem. Dotąd nikt nie pochylił się nad problemem i nie policzył, jak ta gospodarność naprawdę wygląda. Problem z Chińczykami na A2, ale nie tylko, bo tego typu spraw było ostatnio więcej, np. problem z realizacją stadionu we Wrocławiu, Stadionu Narodowego, powinien włączyć nie dzwonek, ale dzwon alarmowy. I czerwone światło pulsujące.

Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych "Lewiatan" wezwała rząd do szybkiej nowelizacji Prawa zamówień publicznych. Według pracodawców "wielkim mankamentem systemu zamówień publicznych jest wybieranie ofert wyłącznie na podstawie najniższych cen". Nie proponują oni jednak żadnego rozwiązania, które mogłoby to zmienić. A czy pan ma jakiś pomysł?

- Moim zdaniem są dwa sposoby. Pierwszy, to kształtowanie praktyki polegającej na sięganiu przez zamawiających po więcej niż jedno kryterium, przekonywanie ich, że stosowanie wyłącznie kryterium cenowego obraca się przeciwko nim. No, ale jak już wspomniałem, musiałaby się też zmienić praktyka organów kontrolnych.

To może niech pan od razu poda ten drugi sposób.

- Zastrzegam, że nie jestem zwolennikiem wymuszania na zamawiających twardym przepisem określonych zachowań, bo każde zamówienie ma jakąś indywidualną specyfikę. W tym przypadku jestem jednak skłonny przyznać, że tylko takie rozwiązanie może być skuteczne. Otóż dobrym pomysłem było wpisanie do Prawa zamówień publicznych delegacji ustawowej dla premiera, która umożliwia mu wydanie rozporządzenia ustanawiającego obowiązkowe kryteria przy poszczególnych rodzajach zamówień. Przypomnę, że obecnie jedynym obowiązkowym kryterium jest cena. Wszystkie inne zamawiający mogą stosować wedle własnego uznania. Ukazało się już takie rozporządzenie, ale nie wiedzieć czemu odnosi się wyłącznie do jednego rodzaju zamówień - kupowania samochodów określonej kategorii. Być może pod wpływem ostatnich wydarzeń premier rozszerzy zakres swojego rozporządzenia.

A jak na Zachodzie radzą sobie z tym problemem?

- Na zasadzie zdroworozsądkowej. Nie trzeba być ani ekonomistą, ani biegłym strategiem gospodarczym, żeby gołym okiem widzieć, że coś jest nie tak.

Tomasz Czajkowski, prezes Urzędu Zamówień Publicznych w latach 2001-08

Zobacz także
Ogłoszenia różne