Absurdalne prawo zamówień publicznych niszczy naukę

Jan Środoń, Instytut Nauk Geologicznych PAN
08.10.2012 , aktualizacja: 07.10.2012 22:15
A A A
Dzieje się tak, bo zmusza nas do działań poddających się planowaniu, powtarzalnych jak praca biurowa, przeciwnych samej istocie nauki.
Klasyczny amerykański Polish joke: "Ilu Polaków potrzeba, aby wkręcić żarówkę? Pięciu: jeden stoi na stole i trzyma żarówkę, a czterech kręci stołem". Jako pracownik instytutu Polskiej Akademii Nauk poddanego rygorom ustawy Prawo zamówień publicznych (PZP) dochodzę do wniosku, że to nie złośliwy żart, lecz trafna charakterystyka naszych wyjątkowych predyspozycji do bezsensownego utrudniania sobie życia.

Unia Europejska opracowała przed laty dyrektywę w zakresie wydawania pieniędzy publicznych, w swoich założeniach antykorupcyjną i oszczędnościową, zmuszającą instytucje budżetowe do stosowania przy znacznych wydatkach jasnych procedur przetargowych. Dla każdego, kto o tym celu pomyśli choć przez chwilę, staje się oczywiste, że dyrektywę należało wprowadzić w życie tak, aby koszty procedur związanych z jej realizacją były znacząco niższe od potencjalnych oszczędności publicznego grosza.

Kluczowym parametrem decydującym o sensowności takiej regulacji jest kwota, powyżej której wymagane są przetargi: jeśli jest zbyt niska, to nakład pracy związany z prowadzeniem przetargów nie zwróci się w postaci potencjalnych lepszych warunków uzyskanych od konkurujących w przetargu dostawców. Kwota progowa w Polsce to 14 tys. euro. Jak wypadamy na tle innych krajów europejskich? We Francji kwota progowa to 90 tys. euro, w Belgii - 67 tys. euro, ale dla instytucji naukowych kwotę progową podniesiono dwukrotnie - do 130 tys. euro. Oczywiście koszt pracy w Polsce jest niższy niż w tych krajach, ale nie do tego stopnia! Z tego porównania widać jak na dłoni, że strzelamy sobie w stopę.

Dlaczego mądrzy Belgowie podnieśli kwotę progową właśnie dla nauki? Zapewne dlatego, że rozumieją, że nauka ze swej natury lokuje się głównie poza polem sensownego stosowania zamówień publicznych. Istotą PZP jest planowanie wydatków w roku następnym i organizowanie przetargów na wydatki przekraczające przyjęty próg (w Polsce nieszczęsne 14 tys. euro). Istotą nauki jest odkrywanie nowego, a więc nieprzewidywalność. Instytucję naukową (w każdym razie z zakresu badań przyrodniczych), która potrafiłaby precyzyjnie zaplanować wydatki, należałoby moim zdaniem od razu zlikwidować, gdyż taka instytucja po prostu powiela znane, zamiast badać nieznane. PZP usiłuje (nieświadomie) zniszczyć naukę poprzez zmuszenie nas do działań poddających się planowaniu, czyli powtarzalnych jak praca biurowa, przeciwnych samej istocie nauki.

Analiza rynku zapałek

Próg dla nauki powinien być tak wysoki, aby tylko niektóre oczywiste wydatki wymagały przetargów. Z mojego doświadczenia wynika, że przetargi w instytucjach naukowych są sensowne, a nawet korzystne, tylko w dwóch przypadkach - większych inwestycji budowlanych i zakupów cięższej aparatury (kwoty na poziomie limitu belgijskiego). Pozostałe przetargi, do których jesteśmy przez obecną ustawę zmuszani, uważam za nonsens czystej wody.

Realizacja PZP generuje tak ogromne koszty, że warto zadać sobie pytanie, czy nie przewyższają one potencjalnych zysków. W mojej instytucji (ok. 100 osób) dla sprostania wymogom PZP zostały zatrudnione trzy osoby. Pozostała setka traci z powodu PZP tyle czasu, że według mojego ostrożnego szacunku jest to ekwiwalent dodatkowych dwóch etatów. Pięć etatów to koszt rzędu 300 tys. zł na 2,5 mln zł, jakie w naszym budżecie podlegają PZP. Może więc warto zastanowić się nad uzupełnieniem PZP o algorytm wykluczający spod działania ustawy małe instytucje, w których stosowanie PZP musi zawsze generować straty dla budżetu?

Nominalnie PZP nie dotyczy wydatków poniżej progu 14 tys. euro. De facto związek występuje, i to dwojaki. Po pierwsze, PZP wymusza planowanie wszystkich wydatków, aby się przekonać, które próg przekraczają. To planowanie jest zmorą i absurdem w instytucjach naukowych. Po drugie, plenią się w Polsce działania per analogiam do PZP, choć nie są usankcjonowane żadnym prawem pisanym, zupełnie jak w PRL-u. Kontrole wymagają np. tzw. badań rynku przy zakupach poniżej wartości progowej. Administracje, próbując zabezpieczyć się przed kontrolerami, wprowadzają przepisy, których nie wymyśliłby najzdolniejszy kabareciarz. W znanej mi instytucji zakup pudełka zapałek wymagał badań rynku, sporządzenia z tych badań notatki, wypełnienia sześciu stron formularza i podpisu dyrektora na owym formularzu przed dokonaniem zakupu! Jeśli prawo nie zabroni takich praktyk, to będą się plenić, bo kontrolerzy będą takie nieformalne wymogi mnożyć z przyczyn wspomnianych na wstępie, a administracje będą im z reguły ulegać, wiedząc, że w polskich warunkach stoją na przegranych pozycjach w przypadku prób oporu.

My i tak pilnujemy budżetu!

PZP i opisane powyżej praktyki to nieudolna próba wymuszenia zachowań właścicielskich u pracowników sfery budżetowej. Jednak instytucje naukowe to świat inny od państwowego urzędu. Naukowcy dysponują pieniędzmi, które pozyskali albo z zewnątrz w drodze konkursu (granty i zlecenia), albo ze swojej instytucji, ale proporcjonalnie do jakości poprzednich dokonań. Jeśli wydam za dużo na hotele, to mi mniej zostanie na analizy, moja publikacja będzie uboższa, dostanę za nią mniej punktów, a w konsekwencji mniej pieniędzy na badania w następnym roku. Bez PZP działa zatem w nauce sprzężenie zwrotne stymulujące uważne i oszczędne wydawanie. PZP nam w tych zachowaniach przeszkadza, narzucając bieg przez płotki w miejsce sprintu. W moim przekonaniu budżet odniósłby ewidentne korzyści w postaci oszczędności środków przeznaczanych na obsługę PZP, a nauka polska - jeszcze większe korzyści poprzez uwolnienie ludzkiej energii marnowanej i likwidację frustracji generowanej przez PZP, gdyby instytucje naukowe zostały niemal w całości (z wyjątkiem dużych inwestycji) wyjęte spod działania tej ustawy. Chciałbym dożyć takich czasów.

Z punktu widzenia państwa znacznie rozsądniejszym i tańszym od PZP zabiegiem efektywnościowym byłoby uważne przyjrzenie się, w jakim stopniu opisane powyżej sprzężenie zwrotne działa w poszczególnych instytucjach naukowych, czyli w jakim stopniu pieniądze na badania dzielone są według dokonań naukowych, a w jakim po równo lub zgodnie z preferencjami dyrektora.



Najbardziej spektakularne przykłady absurdów Prawa zamówień publicznych w nauce

1. Bilety lotnicze.

Realizacja tzw. dostaw wygląda tak, że sami wyszukujemy najtańsze połączenia i informujemy firmę, która wygrała przetarg, co ma nam kupić, zamiast jak dawniej jednym kliknięciem zakupić wyszukane połączenie. Tracimy przy tym czas swój i pracowników naszej administracji. Zysk żaden, bo korupcję przy zakupie biletu przez internet raczej trudno sobie wyobrazić. Z reguły potrafimy wyszukać tańsze połączenia niż firma, która wygrała przetarg. Taka sytuacja powtarza się co rok.

2. Hotele.

W większości przypadków nasze korzystanie z hoteli to wyjazdy konferencyjne, a więc rezerwacja pokoi poprzez stronę internetową danej konferencji. I znów zamiast po prostu kliknąć i zarezerwować, tracimy czas na informowanie zwycięzcy przetargu, co ma nam zarezerwować, i dodatkowo płacimy za każdą operację kilkadziesiąt złotych. Pytanie do prawników: czy to nie jest jawne naruszenie par. 44 pkt. 3 ustawy o finansach publicznych dokonane w majestacie prawa?

3. Odczynniki chemiczne.

Tego się absolutnie zaplanować nie da. Przed czasami PZP kupowaliśmy na bieżąco to, co było w danej chwili potrzebne. W dobie PZP robimy zapasy jak za komuny, żeby się nie dać zaskoczyć, że czegoś zabraknie. Straty oczywiste, bo odczynniki się starzeją, ale planowanie niemożliwego do zaplanowania to też oczywista strata czasu, który przecież jest opłacany z publicznych pieniędzy.

4. Analizy i inne usługi naukowe zlecane poza instytut.

PZP stawia sprawę na tyle niejasno, że część placówek naukowych uważa je za wyjęte spod działania ustawy, ale inne z obawy przed kontrolami organizują przetargi. Najbardziej wystraszone administracje proponują nawet przetargi na badania, których autorzy wymienieni są z imienia i nazwiska w projektach badawczych finansowanych przez Narodowe Centrum Nauki. Ta dziedzina to chyba szczyt absurdu i szkodnictwa w relacji PZP - nauka. Analizy, które są podstawą późniejszych publikacji, muszą być wiarygodne dla autora publikacji, więc muszą pochodzić z laboratorium, do którego autor ma zaufanie, a nie z tego, które wygrało przetarg! Bez zaufania nie ma nauki. Jedyny poprawny sposób naprawy tej sytuacji to jednoznaczne wyłączenie wszystkich analiz i innych usług naukowych zlecanych na potrzeby przyszłych publikacji spod działania PZP.

Zobacz także
Ogłoszenia różne